Praca już kiedyś była na polskim rynku towarem deficytowym. W latach dziewięćdziesiątych, przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej i falą emigracji zarobkowej, bezrobocie w naszym kraju sięgało momentami do dwudziestu procent. Raczej powszechnie uważało się, że pracę to można dostać tylko po znajomości, że szef musi źle traktować swego pracownika, płace muszą być uwłaczająco niskie.

Nic dziwnego, że wiele osób godziło się pracować na czarno, w trudnych warunkach. Media nagłaśniały co jakiś czas przypadki złego traktowania pracowników, na przykład przypadki kasjerek, które przez całą dwunastogodzinną zmianę nie mogły sobie zrobić przerwy i pójść do toalety, w związku z czym zmuszone były do korzystania z pampersów, pieluch jednorazowych. Te i inne przypadki znajdowały finał w sądzie. Zupełnie inne podejście do pracy reprezentowały tak zwane młode wilki w latach dziewięćdziesiątych, na ich początku.

Był to okres, kiedy wiele osób dorobiło się majątku zakładając własną firmę. Ale i młodzi mieli szansę zrobić karierę w strukturach wielkich światowych korporacji, które zaczynały wtedy działać w Polsce. Młodzi ludzie, często bez żadnego doświadczenia, zaraz po studiach lub nawet w ich trakcie, awansowali na stanowiska kierownicze, wcześniej zarezerwowane dla osób po pięćdziesiątce. W cenie nie był już wiek, koneksje, układy polityczne, ale świeżość pomysłów, dynamika, ale i gotowość do bardzo ciężkiej pracy. Młodzi ludzie spędzali w firmach całe dnie, nie mieli czasu na życie towarzyskie, założenie rodziny w ogóle nie wchodziło w grę. Kariera przede wszystkim. Wielu z nich dostawało pracę jeszcze na studiach, zamieniali system dzienny na system zaoczny, pracowali od poniedziałku do piątku, a w weekendy studiowali. Ciężka praca dawała rezultaty, nie raz zajmowali stanowiska dyrektorskie jeszcze przed trzydziestką. Niestety, wiele z tych osób miało problem z założeniem rodziny, nie mieli bowiem na nic czasu, a bardzo ciężka, wyczerpująca praca wielu z nich odbiła się na zdrowiu.